Pokolenie bez-nadziei

   Wszyscy myślimy, że jesteśmy wyjątkowi, nasze pokolenie nie ma sobie równych, odkrywało niezbadane wody i lądy życia. Tak dzieje się na jakimś etapie naszej podróży. Jednym przemija, inni obudowują się tą myślą jak żółwią skorupą, nie odpuszczając przeświadczenia o wyjątkowości swoich czasów. W gruncie rzeczy wszyscy mają racje. Z jednej strony sceptycy, że przecież nie ma nic oryginalnego i odkrywczego w twierdzeniu, że „za moich czasów…”, z drugiej strony te wszystkie „żółwie” broniące wartości i wyjątkowości czasów swojego dzieciństwa i wczesnej dorosłości.
Między nami, pokoleniem początku lat osiemdziesiątych i ich końcem, początkiem lat dziewięćdziesiątych i ich końcem i wreszcie „millenialsami”, są różnice. W postrzeganiu świata, w podejściu, niemal – we wszystkim. To stwierdzenie nawet nie uwzględnia miejsca zamieszkania, które przecież tak bardzo różnicuje.
Dla nas, urodzonych czy wychowanych w wielkim mieście, w sercu kraju kwitnącego buraka, świat jest bardzo różny od pól, lasów i łąk prowincji. Dla nas, urodzonych w drugiej połowie lat osiemdziesiątych zabrakło nieco miejsca na kartach historii. Jesteśmy dziś wszystkim czym byli ludzie przed nami i będą po nas, ale nas coś dotknęło, coś ominęło, coś mignęło i zniknęło za horyzontem zdarzeń.
Nie mówię o wszystkich razem i każdym z osobna. Mówię o mnie w liczbie mnogiej, bo wielu mnie spotkałem na swojej drodze. Wielu takich jak ja, zagubionych i zbyt bystrych na absolutny konformizm widziałem. Zbyt wiele smutnych i, przez lata, coraz bardziej pustych spojrzeń wymieniłem z nimi by nie widzieć się w ich oczach. Nazbyt wiele również przelaliśmy wódki i słów, które jednoczyły nas i odkrywały braterstwo naszej niedoli.
Tak, trochę to pieprzenie. „Jesteśmy wyjątkowi”, mówiliśmy i czasem mówimy. Mamy rację i jej nie mamy po równo. Co się z nami stało?

   Urodziliśmy się w roku 1986 i samo to uczyniło pewną wyjątkowość. Jesteśmy dziećmi, nie tylko na skraju systemów, dwóch światów, ale też dziećmi reform i ich eksperymentów.

   Koniec lat osiemdziesiątych kołacze się w naszych głowach i miesza z początkiem lat dziewięćdziesiątych. Często pamiętamy silne bodźce – że brakowało trochę pieniędzy kiedy ojciec był w wojsku; że matka miała przez chwilę dobrą pracę; że sklepy codzienne nie zachwycały, ale Pewex to Nibylandia dla naszego Piotrusia; czekoladę od cioci z Ameryki; pomarańcze na świątecznym stole i zapach bigosu; pierwszy odtwarzacz wideo i wreszcie kolorowy telewizor; poruszenie w domu kiedy dziadek wieszczył koniec czasów, a rodzice w pobudzeniu cieszyli się, że wąsacz ma ogromny ołówek; przewijanie kasety długopisem bo szkoda było baterii w walkmanie; sanki zimą i zdarte kolana; Amigę czy Atari u ciotecznego rodzeństwa; ssanie w „Maluchu” i Syrenkę dziadków, a potem pierwszego Poloneza… Pamiętamy tego dużo i śnimy o tym czasem na jawie.
Nasze dzieciństwo pełne było przygód wyobraźni. Oprócz telewizji mieliśmy tylko to. Godziny spędzone na układaniu Lego, ganianie się po dworze z bandą dzieciaków. Chłopcy ciągnęli dziewczyny za warkocze nie dlatego, że mieli ADHD, ale dlatego, że byli chłopcami, a dziewczynki odgryzały się nie bawiąc się z nimi, nie dlatego, że miały problemy z przystosowaniem i były wycofane, ale dlatego, że trzeba było sobie radzić, bo były dziewczynkami. Finalnie trzymaliśmy się jednak razem. Uczyliśmy się życia na podwórku, kłócąc się, czasem obrażając i bijąc. Bez patologii, po prostu dzieci będące dziećmi. Właziliśmy sobie na głowę. Kiedy ktoś przegiął i Jaś poszedł na skargę, to czuliśmy respekt przed jego matką czy ojcem, który gromił nas srogo. Uczyliśmy się być odpowiedzialnymi za swoje czyny. Kiedy Wojtek napisał zimą, w śniegu, na samochodzie „huj” i właściciel go capnął za fraki, nawrzeszczał i kazał ścierać, nie było mowy o podaniu go do sądu za znęcanie się nad nieletnim. Trzeba było zetrzeć, przeprosić i potem albo tego nie robić, albo upewnić się, że nikt nie widzi. Dorastaliśmy szczęśliwi, jak dzieci przed nami i niektórzy po nas. Na przełomie czasów żyło nam się dobrze. Łatwo było odróżnić dobro od zła. Mieliśmy wiele, ale nie wszystko. Rodzice mieli czas żeby wyjść z nami na rower. Biegaliśmy czasem we dwójkę, czasem w dziesięć osób, a czasem całą okoliczną bandą. Tylko gdzieś w tym wszystkim, o czym nikt nie wiedział, przez zmianę jaka nastąpiła w systemie, zaczęliśmy coś gubić.
Beztroska była nazbyt duża, a czasu, jaki rodzice mogli nam naprawdę poświęcić było coraz mniej. Otworzyły się nowe możliwości i pojawiło się więcej rzeczy dostępnych nam wszystkim. Podstępnie wkradał się konsumpcjonizm, jeszcze raczkujący, ale już podgryzający korzenie naszego dorosłego życia.

   Szkoła, jak to szkoła, kulawy system, który nie wypełniał nas chęcią poznania. Szybko zabijał w nas ciekawość. Każdy kolejny rok był taki sam jak wcześniej. Nic nowego się nie działo, dopóki nie dotarliśmy do czwartej klasy szkoły podstawowej. Wtedy pierwszy raz usłyszeliśmy o pomyśle nowej reformy oświaty, która dla nas, dzieciaków, nie miała jeszcze żadnego znaczenia. Kiedy rok później stało się to realne i prawdziwe, zaczęliśmy się martwić. Byliśmy ze sobą od czterech lat, a czasem i dłużej. Znaliśmy się już i, mniej lub bardziej, byliśmy ze sobą zżyci. Tworzyliśmy jakieś ciało, jakiś umysł, który formował się i zmieniał z kolejnymi miesiącami. Najważniejsze – znaliśmy się i razem poznawaliśmy co znaczy być ze sobą i współpracować. Pakowano nam do głów, że to ważne i niekiedy doceniano gdy udało nam się osiągnąć coś wspólnymi siłami. Oto jednak dowiedzieliśmy się, że będziemy rozdzieleni. Nie było w tym tragedii, nie. Byliśmy po prostu przejęci i trochę się baliśmy. Słusznie.
W szóstej klasie wyrok już zapadł, to było nieuniknione i realne. Kończymy podstawówkę i idziemy dalej, do gimnazjum. Nie muszę tego mówić, ale chcę – to był najgorszy i najbardziej idiotyczny pomysł jaki mógł nas spotkać.

   Burza w nas, kiełkujących właśnie podlotków. Hormony, które uderzały do głów i w miejsca bardziej intymne miotały naszymi światami wścieklizną. Mieliśmy trzynaście lat i byliśmy wewnętrznie jak stado szerszeni. Wrzucono nas do worka i zaczęto potrząsać. Niektórzy mieli to szczęście, że ich szkoły miały również miejsce na gimnazja i zostali, mniej lub bardziej, z tymi samymi ludźmi. Niektórzy mieli go mniej i trafili do szkół, które przeistoczyły się w obozy gimnazjalne z losową zbieraniną. Wyobraźmy sobie szkołę, w której jest ponad 13 klas po 30-35 osób – dla ludzi w wieku 13 lat to pomysł na poziomie podarowania im paczki cukierków, w której znajdzie się też kilka dropsów ze strychniną.
Zatem nasze hormony znalazły się w nowych grupach, pozbawione często wsparcia twardego gruntu w postaci kolegów i koleżanek z dawnych lat. Musieliśmy nie tylko nawiązać nowe znajomości, ale też na nowo określić się w grupie. Nikt wcześniej nie wpoił nam czegoś, co w dorosłym życiu jest raczej oczywiste, a na pewno być powinno – w każdej nowej grupie można określić swoją pozycję na nowo, co znaczy nie tylko to, że nie musimy być tacy, jacy byliśmy do tej pory, ale też nie musimy się starać być innymi. Tutaj właśnie pojawił się spory problem. Chęć zaistnienia doprowadzał nas na skraj owczego pędu. Ślepo podążając za liderami, którzy często nie tylko nie mieli nic mądrego do powiedzenia, ale wręcz prowokowali do absolutnej głupoty. Niektórym udało się to przeżyć. Prześlizgiwali się przez presję. Inni podporządkowali się zupełnie i zmienili nie do poznania. Jeszcze inni zerwali łańcuchy i sprzeciwili się stając się pariasami w swoich grupach. Niektórzy, niestety, nie dali rady temu ciśnieniu i dziś pozostają już tylko w naszej pamięci.
Dzieci, tym przecież byliśmy, wrzucone do kotła gdzie nikt nie miał czasu porządnie się nimi zająć, odpowiedzieć na pytania czy wyjaśnić na czym świat stoi. Trzy lata nauczenia się pod klucz żeby pod presją pójść dalej. Trzeba było nas przepchnąć, a nikt nie wiedział do końca jak to zrobić.
Nasz bunt, bo to był ten czas, naszego pokolenia, żeby się określić i przeciwstawić złu, którego szukaliśmy wszędzie, właśnie się rozpoczął. Świat w wieku nastu lat jest zły, a system nas oszukuje. Tak, tak jest też w życiu dorosłym, nie ma co temu przeczyć. Tylko mając naście lat, z pustą jeszcze głową i milionem pomysłów na siebie, nie ma narzędzi by to sensownie wykorzystać. Dla ludzi młodych, czułych, myślących, którzy nie chcą podążać jedną, ustaloną ścieżką to problem. To był schyłek lat dziewięćdziesiątych. Już rozwinięte subkultury i nowe idee, raczkująca rewolucja technologiczna i informacyjna. Kierunkowaliśmy swój gniew we wszystkich wkoło, dzieliła nas muzyka, długość włosów, styl ubierania. Szarpane riffy gitarowe nienawidziły sample’i beatów, „wszarze” i „brudasy” przepychały się z „gacioworami” i „dresiarzami”. Pierwsza paczka Caro i L&M, pierwsze piwo, tanie wino, wódka. Badanie granic. Mieliśmy wszystko poza konkretnym wrogiem.

   Właśnie tego zabrakło by porządnie ukształtować nasz charakter – materialnego wroga, któremu przeciwstawimy się i będziemy wyrabiać w sobie determinację. Już wtedy, choć o tym nie wiedzieliśmy, ewoluowaliśmy w korposzczury z podciętymi strunami głosowymi. Nasi starsi koledzy widzieli jeszcze walkę z systemem, wiedzieli dobrze co nie było dostępne, o co walczyli ich starsi koledzy, przeciwko czemu występowali. Czytali poezję i słyszeli muzykę czy oglądali kabarety, które były krzykiem braku zgody na gwałt, który oni jako tako pamiętali. My mieliśmy pomarańcze na stołach, kolorową telewizję, Pegasusy i komputery, Nutellę i frugo zamiast oranżady. Karmiono nas pełnymi pułkami, a dylemat wyboru polegał na określeniu marki jaką chcieliśmy pożreć. Nasz wróg był w nas samych, wgryzł się i zapuszczał korzenie, a my byliśmy ślepi. Przepychaliśmy się między sobą w walce o zupełne nic. Staliśmy się utracjuszami bo nas było na to stać. Oczywiście nie nas samych, ale naszych rodziców, którzy, chcąc i mogąc wreszcie konkurować w „wolnym świecie” chcieli nam po prostu dać to, czego oni nie mieli. Tak, to też, poniekąd, wina naszych rodziców. Oczywiście, że chcieli dobrze dla nas, jak najlepiej, bylebyśmy mieli to, czego im nie dano. Zmienialiśmy się w te przysłowiowe rozpuszczone dziadowskie bicze. Karmieni obietnicami, że możemy wszystko, nie dostawaliśmy narzędzi, które pomogą nam podjąć wybory. Próbowano nas wypchnąć z trzech lat gimnazjum do kolejnych trzech lat liceum bo to łatwiejsza droga, to już problem kogoś innego. Czuliśmy to w trzewiach, że nasz rocznik jest problemem. Nie ma co się dziwić. Mało kto chce być pierwszy, mało kto chce być odpowiedzialny za eksperyment, który z góry skazany jest na porażkę. Im szybciej się to od siebie odsunie, im dalej się ten problem wypchnie, tym szybciej można o nim zapomnieć. Istniała przecież szansa, że Ministerstwo Oświeconych odejdzie od tego pomysłu, a wtedy to już byłby tylko błąd w sztuce i nikt nie byłby za to wszystko odpowiedzialny.

   Nagle też obudziliśmy się przed wyborem. Kolejny egzamin, który będzie definiował naszą przyszłość. Wkraczaliśmy w dorosłość i mieliśmy wybrać swoją przyszłość bardziej realnie, określając profil swojego dalszego kształcenia. Jeśli ktoś umiał wiele, ale nic na 200%, miał problem. Poza tym stała przed nami jeszcze jedna przeszkoda – nieukierunkowany bunt, który przerodził się w lekką apatię. Było nam niejako wszystko jedno, byle mieć to już za sobą. Udzielił nam się klimat tymczasowości trzech ostatnich lat i po prostu chcieliśmy zostawić to w przeszłości, być bliżej dorosłości.
Znów, choć już ze spokojniejszą głową wpadliśmy w wir nowości. Tak jak wcześniej patrzyliśmy z podziwem na ósmoklasistów, tak teraz widzieliśmy jeszcze licealnych trzecioklasistów. Bardziej dorosłych od nas, którzy często byli ze sobą od podstawówki. Był to jakiś przykład, który ułatwiał nam odnalezienie się. Poza tym, już raz przez to wszystko przeszliśmy.
Wciąż nie było łatwo i wciąż się buntowaliśmy. Chcieliśmy, jeszcze bardziej coś znaczyć, bo czuliśmy się coraz bardziej dorośli, coraz bliżsi końca pewnego etapu. Ci z nas, którzy po raz kolejny trafili w nowe towarzystwo, albo trwali w sobie znanym świecie, albo zmieniali się w pariasów. Po raz kolejny dostaliśmy paczkę cukierków, z tą różnicą, że jakby mniej było tych z trucizną.

   Tu jednak znów zawód, bo system po prostu chciał się nas pozbyć. Dwa światy zderzały się ze sobą. Z jednej strony stary system, którym szli jeszcze trzecioklasiści, a potem czwartoklasiści, a z drugiej nowy system, który był naszą drogą. Oporni nauczyciele mieszali pojęcia i sami nie wiedzieli jak mają do nas podejść. Część traktowała nas po staremu, cześć jak zupełnie nowe twory. Wciąż każdy się gubił. W tym wszystkim oczywiście nauka pod klucz, który miał wyznaczać resztę naszego życia. Wyścig szczurów, w którym startowaliśmy, chociaż nikt nie zdawał sobie jeszcze z tego sprawy. Te trzy lata miały określić nazbyt dużo, mieliśmy tym kluczem gotowych odpowiedzi i braku kreatywności otworzyć sobie drzwi do przyszłości.
Chłonęliśmy świat łapczywie. Chcieliśmy wreszcie go poznać, byliśmy ciekawi, ale na naszą ciekawość zabrakło miejsca. To nic odkrywczego i także nic nowego. Różnica przede wszystkim polegała na tym, że ciało Golema Pedagogicznego nie wiedziało jak do nas podejść i w rezultacie chciało się nas pozbyć, a także wyznaczona ścieżka Przenajświętszego Klucza nie zakładała za bardzo możliwości swobody. Ba, nie było nawet wtedy wiadomo jak Przenajświętszy Klucz będzie dokładnie wyglądał.
Żyliśmy sobie zatem nie przejmując się jutrem, jako że (znów) to przecież był problem przyszłych nas. Konsumowaliśmy rzeczywistość i świat, który stanął dla nas otworem, między innymi dzięki internetowi. Nie tylko można było wysłać smsa, ale napisać na GG czy Gronie. Zaczęliśmy wyrabiać w sobie nawyki i przecierać ścieżki dla kolejnych pokoleń, ucząc się od starszych kolegów. Powtarzaliśmy jak małpy, dodawaliśmy coś od siebie i kształtowaliśmy sferę drugiego życia, życia w sieci.
Wtedy jeszcze wszystko było w powijakach. Dalej lubiliśmy spotkać się i pooglądać zdjęcia wywołane na papierze. Chodziliśmy na imprezy bez tworzenia wydarzeń, nie udowadnialiśmy wszystkim wkoło naszej przebojowości filmując wypijanie czterech piw „na hejnał”. Byliśmy dalej dzieciakami z podwórka, którzy widzą się bo wiedzą, że ktoś będzie pod trzepakiem, a w razie czego, wysyłało się smsa, tak jak kiedyś dzwoniło się domofonem. Niby żadna różnica z tym co mamy dziś. Niby.
Tak trwaliśmy i doczołgaliśmy się do końca. Staliśmy się najmądrzejsi i najstarsi. Byliśmy przykładem dla „Kotów”, byliśmy już tak bardzo dorośli. Ta dorosłość właśnie trzasnęła nas z otwartej dłoni w twarz.

   Zakochani w sobie po uszy i pewni siebie zdawaliśmy matury. Wtedy okazało się, że trochę mało wiemy, ale nie było się czym przejmować bo system, na nasze szczęście, jakoś kompensował braki i poziom wymagań opadł do rozsądnych granic. Przeszliśmy lepiej lub gorzej, ale jednak się udało. Tym, którym się nie powiodło, zostały poprawy albo powtarzanie trzeciej klasy i status weterana. Nic się nie stało. Kto przeszedł, musiał wreszcie wziąć udział w prawdziwym wyścigu. Często budził się post factum, patrzył na swoje wyniki i myślał sobie „co ma być to będzie” składając papiery to tu, to tam.
Dostaliśmy się gdzieś. Jedni, tam gdzie chcieli, inni, tam gdzie się dało. Jakoś się udało, system się sprawdził na tyle, że kolejny etap został zakończony i teraz to już przecież dorosłość.
Tylko tutaj też się coś poplątało. Wciąż młodzi, ledwie odrośli od ziemi, myślący, że są dorośli, ale dalej niesprecyzowani i ze zmieniającymi się pomysłami na siebie, musieliśmy wybrać co chcemy robić w życiu. Nikt nie mówił, że po studiach nie ma pracy w zawodzie. Nikt przecież nie wiedział, że legion pedagogów, socjologów, psychologów, filologów etc. etc. będzie musiał obejść się smakiem. Mówiono nam przecież, że możemy wszystko jeśli bardzo tego chcemy. Co za tym szło, mogliśmy w dowolnym momencie zmienić zdanie i bez jakiegoś tytanicznego nakładu pracy przejść na drugą stronę ulicy. Wciąż zakochani w sobie i pewni swego, chociaż bez większego zapału, ruszaliśmy do boju o swoje jutro. Tak czy siak mieliśmy mieć wszystko zapewnione, „bo studia to przyszłość” – jak mówili nam rodzicie i ciało Golema Pedagogicznego, „mamy moc kreacji” – wierzyliśmy tym słowom.

   Wybraliśmy, wielu z nas źle. Traciliśmy wiarę w siebie i zapał bo nikt już nie chciał nas przepchnąć, wszystko nagle wymagało pracy. Dobrze dla nas, że przynajmniej nauczyliśmy się za młodu manipulacji i sprytu. Dało nam to siłę by ślizgać się po powierzchni i nie tonąć co i rusz. Parliśmy do przodu spędzając noce w knajpach i na „domówkach”, szlajając się po klubach i czerpiąc z życia ile się dało bo to był nasz czas, ludzi młodych, a „młodość ma się tylko jedną”. Potem mieliśmy przecież pracować i startować w wyścigu szczurów. Jakże byliśmy naiwni nie wierząc w to, że już dawno w nim biegniemy. Wiedzieliśmy to, ale nie dopuszczaliśmy do siebie tej myśli. Chcieliśmy przecież być wyjątkowi, chcieliśmy być najlepszym pokoleniem, bo żyliśmy w najlepszych latach. Wychowaliśmy się na podwórkach mając obdrapane łokcie i kolana. Mieliśmy kolegów i koleżanki, uśmiech na twarzy, a świat traktował nas jak nikogo przed nami. Słomiana wiara wlana nam do głów przez golemy, opiekunów i świat na szklanym ekranie. W Ameryce wszystko było możliwe, a my chcieliśmy realizować Polski Sen naszej przyszłości. Dorośli Studenci z notatkami wydrukowanymi w pośpiechu, wysypującymi się kartkami pokrytymi kawą i przepitym oddechem spóźnionego biegu na poprawę kolosa ze Statystyki, Logiki czy Antropologii. Oszukani i oszukujący się, że to ma jakiekolwiek znaczenie.

    Niektórym się udało, ale przecież nie o nich mowa. Mowa o mnie w liczbie mnogiej.
O wielości mnie, który zorientował się zbyt późno, że to się nie uda. Nie ma „American Dream” w polskim wydaniu. Jest legion licencjonowanych nieudaczników i magistrów bez pokrycia, goniących za własnym, szczurzym ogonem. Prawnicy na słuchawkach, pedagodzy w sklepach, socjologowie na stacjach benzynowych, filolodzy w korporacjach. Wierzyliśmy, że nam się uda, że wyznaczamy nowy horyzont, że nasza historia będzie tą najpełniejszą i rozniesiemy świat w drobnym mak. To on będzie dla nas pyłem, którym będziemy sterować, będziemy wiatrem, który przeniesie nas wszystkich w przyszłość, a staliśmy się zawodem bez przyszłości i przyszłością bez pracy, która nam się marzy. Zwyczajni tchórze rezygnujący ze swoich marzeń. Zasnęliśmy i uśpiliśmy swoją czujność, zapadliśmy się w sobie i swoich problemach. Przestaliśmy się bawić życiem i daliśmy sobie wmówić, że najważniejsze to mieć pieniądze, pracę, rodzinę i zdrowie. Nie ma nic poza światem, który zastaliśmy i nie możemy go zmienić. Daliśmy sobie wmówić, że jedyną słuszną postawą to zgodzić się na kształt jaki nam zaserwowano, a jedyny realny wybór nadawania kształtu mamy raz na cztery lata. Liderzy w nas umarli, myśliciele i rewolucjoniści utonęli. Czasem, wyrwani ze stuporu mamy przebłyski naszych chudych, obdrapanych kolan i łokci, stojących na górze ziemi z patykiem w ręku, krzyczących i podrywających kolegów do ataku na nieistniejących wrogów naszego dzieciństwa. Uwierzyliśmy, że tych wrogów już nie ma i daliśmy się zatracić. Ci wrogowie są realni, wciąż istnieją pielęgnowani każdego dnia kłamania sobie w twarz przed lustrem, nakładając makijaż czy goląc drażniący zarost. Patrzymy im w oczy bez cienia strachu. To ja, w liczbie mnogiej, należący do pokolenia, które przegrało walkę ze sobą, jestem swoim największym wrogiem.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s